Internet krok po kroku ewoluuje w kierunku olbrzymiego wirtualnego organizmu, w którym procesy samoregulacji odgrywają coraz istotniejszą rolę. Rola „żandarma” sprawującego pieczę nad materiałami publikowanymi w globalnej Sieci została powierzona tzw. zbiorowej mądrości, która przesiewa przez swoje sito terabajty treści, wyławiając interesujące materiały, a spychając w niebyt bezwartościowe śmieci. W ostatnim czasie procesy te przestały być rozproszoną, pozbawioną kształtu siłą, przybierając skondensowaną formę, jaką są serwisy z rodziny „Digg”. Zajmują się one selekcjonowaniem i wyławianiem ciekawych informacji z zakamarków Sieci, a wszystko to jest możliwe dzięki połączonym siłom internautów, czyli społeczności. Każdy dodany wpis podlega ocenie, dzięki czemu może on się piąć w hierarchii popularności. W wypadku kiedy nie przypadnie on do gustu jakiemuś odbiorcy, istnieje również możliwość jego „zakopania”, czyli zdegradowania informacji na niższą pozycję w danej kategorii.
Walt Disney był szybszy
Prekursorem tej gałęzi Web 2.0 jest serwis Digg.com, który w eksperymentalnej formie zadebiutował w Sieci w listopadzie 2004 roku, oficjalna jego premiera miała natomiast miejsce miesiąc później – 5 grudnia. Pierwotnie nazwa witryny miała brzmieć „Diggnation”, ale Kevin Rose – jeden z twórców serwisu – zdecydował się na tytuł prostszy i łatwiej zapadający w pamięć, czyli po prostu Digg. Podwójne „g” w nazwie (dig – ang. kopać) było spowodowane wcześniejszym zajęciem domeny dig.com przez Walt Disney Internet Group. Potwierdziła się przy okazji teoria o „zapychaniu się” rynku domen internetowych, co w efekcie wymusza tworzenie często nowych wyrazów, niewystępujących dotychczas w danym języku.
Pierwsza wersja serwisu była całkowicie wolna od reklam, jednakże wraz ze zdobywaniem popularności stopniowo zaczęto wprowadzać pewne „komercyjne” elementy, których pierwszym objawem był system Google AdSense. Z czasem Digg.com doczekał się kolejnych wersji, w których dodano m.in. możliwość tworzenia „list przyjaciół” oraz rozwinięto interfejs użytkownika. Największą jednak zmianą było wprowadzenie w połowie 2006 roku podziału na sekcje tematyczne, dzięki czemu użytkownicy mogli oddać się „wykopywaniu” lub „zakopywaniu” informacji ściśle związanych z ich zainteresowaniami.
Wykopać na śmierć
Systematyczne rozwijanie serwisu doprowadziło do znaczącego wzrostu ruchu na stronach, do których linki umieszczone zostały na Diggu. Sytuacja ta zaowocowała tzw. „efektem Digga” („Digg effect”), który polegał na zablokowaniu w wyniku nadmiernego natężenia ruchu i obciążenia serwerów dostępu do najpopularniejszych spośród „odkopywanych” stron. Rezultatem było ukucie powiedzenia „digg to death”, odnoszącego się do zablokowanych w ten sposób serwisów. – „Obecnie Digg.com może się pochwalić niebagatelną liczbą około 26 milionów unikatowych odwiedzin w ciągu miesiąca, co daje wyobrażenie o możliwej gigantycznej skali <<efektu Digga>>” – zauważa Lacey Haines z serwisu Digg.com.
Coraz mniejsze kawałki tortu
Popularność oczywiście nie pozwoliła Diggowi cieszyć się długo monopolem na połów ciekawych informacji w odmętach Sieci. Tam, gdzie jest sukces, znajduje się również liczne grono naśladowców – tak było i w tym przypadku. Dzieło młodych Amerykanów zostało szybko skopiowane przez wielu „pojętnych uczniów”. Klony serwisu działają zarówno w skali międzynarodowej, jak również ograniczają się do lokalnych, krajowych rynków. Najświeższym, należącym do pierwszej kategorii przykładem jest nowe dziecko koncernu Yahoo!, czyli tzw. Yahoo! Buzz (http://buzz.yahoo.com/). Serwis ten został uruchomiony niedawno – 26 lutego 2008 roku – i z założenia miał stać się bezpośrednim konkurentem Digga. Czas pokaże, czy stanie się on godnym rywalem, jednakże założyć należy, iż wspierająca go potęga Yahoo! z pewnością przyczyni się do interesującej walki na tym polu.
„Naturalizowanego Digga” doczekali się również Polacy, którego nadwiślańską funkcję z powodzeniem pełni Wykop.pl. Wcześniej podobną rolę odgrywał również Gwar.pl, jednak od pewnego czasu jest on systematycznie spychany na margines. Swój mały przyczółek na naszej lokalnej arenie „diggowych zmagań” ma również serwis MojBiznes.pl, który – jak sama nazwa wskazuje – skupia się na tematyce „okołobiznesowej”.
|
Tomasz Drożdżyński, dyrektor generalny Wykop sp. z o.o. |
|---|
| Osobiście nie byłem autorem pierwszej wersji Wykopu.pl – był nim Piotr Chmolowski. To właśnie Piotr wprowadził na nasze rodzime podwórko pomysł Digga, a było to pod koniec 2005 roku; ja dołączyłem po kilku miesiącach. W tym czasie bacznie obserwowałem to, co się dzieje w Internecie, zwłaszcza wokół nowego, magicznego i coraz bardziej popularnego hasła Web 2.0. Dobrze wykorzystany moment i kilka innych sprzyjających czynników sprawiły, że prosty serwis został bardzo przyjaźnie odebrany przez internautów i mimo niewielkiej popularności stał się sztandarowym polskim produktem nurtu 2.0. Dziś Wykop wypełnił niszę i nie pozostawił miejsca konkurencji, choć walkę podjęły tak duże podmioty, jak Agora czy CR Media. |
Zakopać marketera
Niezależnie od podejmowanej tematyki serwisy należące do wielkiej rodziny „Digga” mają czasami swoje pięć minut, kreując wydarzenia również poza światem obecnym w światłowodach i na serwerach. Najsłynniejszym przykładem z polskiego podwórka jest akcja „Zabierz babci dowód”, o której było bardzo głośno podczas ostatnich wyborów parlamentarnych. Została ona zapoczątkowana przez użytkownika Wykopu, który dodał tam link do notki umieszczonej na swoim blogu. W ciągu kilku godzin trafił on na stronę główną, docierając tym samym do tysięcy osób, które zapoczątkowały błyskawicznie rozprzestrzeniający się na cały kraj efekt domina.
Potencjał drzemiący w serwisach zajmujących się „wyławianiem” ciekawych informacji z Sieci został oczywiście zauważony przez osoby zajmujące się marketingiem, które próbują uczynić z nich narzędzia wykorzystywane w docieraniu do potencjalnych klientów. Tomasz Drożdżyński z Wykopu.pl zwraca uwagę na rolę, jaką w takich przypadkach odgrywa społeczność skupiona wokół danego serwisu, która z racji swojego profilu jest łakomym kąskiem dla marketerów. Wielu z nich umieszcza w Wykopie.pl linki do informacji prasowych, licząc naiwnie, że internauci spragnieni wiadomości z firmy „X” zaczną masowo „wykopywać” takiego newsa. Nie trzeba być specem od marketingu internetowego, by stwierdzić, iż ten sposób promocji zwykle jest bolesnym strzałem wymierzonym we własną stopę i nie ma wiele wspólnego z wyrafinowanym marketingiem.
Rysunek 3: Serwisy typu „Digg” są skutecznym biczem, jaki dostali do rąk klienci niezadowoleni z usług niektórych firm.
„Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, że Wykop.pl jest miejscem przyciągającym osoby związane z marketingiem. Nasza społeczność to w dużej mierze liderzy opinii i blogerzy, w związku z tym marketingowcy podejmują bardzo wiele prób dotarcia do nich poprzez przemycenie treści promocyjnych, często również w sposób nachalny. Przynosi to jednak zwykle skutek odwrotny do zamierzonego, gdyż niezachowanie umiaru jest bardzo zgubne i długo pamiętane przez użytkowników” – mówi Tomasz Drożdżyński.
Czysto marketingowe linki są najczęściej w ekspresowym tempie „zakopywane”, co jest i tak łagodniejszym wymiarem kary. Zdarzyć się może, że taką informację znajdzie grupka jakichś bardziej rezolutnych internautów, którzy zechcą podzielić się ze światem swoimi przemyśleniami na temat strategii marketingowej obranej przez taką firmę. Jak łatwo zgadnąć, komentarze umieszczone pod „wykopowym linkiem”, nawet te mieszczące się w granicach dobrego smaku, są zwykle bolesne i niepozostawiające na „obgadywanym” suchej nitki.
Ładowanie







Browser:
Browser: